Dorosły chłop bawi się klockami. A oglądanie seriali to już oznaka dojrzałości?
Ktoś nazwał mnie dużym dzieckiem, bo lubię planszówki i LEGO. Dlaczego takie hobby budzi kpiny, skoro wielogodzinne oglądanie seriali uchodzi za normalne?
Usłyszałem kiedyś, że jestem „dużym dzieckiem”. Powód? Planszówki i LEGO. Tyle wystarczyło, żeby moje zainteresowania uznać za dziecinne. A ja po prostu lubię grać i budować z klocków.
Przez chwilę miałem na końcu języka odpowiedź: „A ty potrafisz całymi dniami oglądać seriale, a ja przynajmniej robię coś, przy czym trzeba pomyśleć”. Ugryzłem się jednak w język. Zresztą taka wymiana uwag szybko zamieniłaby się w konkurs na to, kto mądrzej odpoczywa.
Ale sama sytuacja dobrze pokazuje coś, co widuję także w internecie. Dorosły człowiek przy planszówce bywa powodem do żartów. Dorosły człowiek oglądający odcinek za odcinkiem? Normalna sprawa, przecież odpoczywa. Ciekawe, kto właściwie ustalił tę granicę.
Od kiedy dorosłość oznacza zakaz zabawy?
W dzieciństwie budowanie, wymyślanie i granie są czymś naturalnym. A potem, w jakimś bliżej nieokreślonym momencie, te same czynności zaczynają niektórym przeszkadzać. Jakby wraz z dorosłością trzeba było oddać do urzędu nie tylko dziecięcą legitymację, ale też prawo do dobrej zabawy.
Nie twierdzę, że dorosły człowiek powinien spędzać każdą wolną chwilę nad planszą czy pudełkiem klocków. Twierdzę tylko, że nie ma nic niedojrzałego w posiadaniu hobby, które kojarzy się komuś z dzieciństwem. O dojrzałości znacznie więcej mówi to, jak traktujemy ludzi i obowiązki, niż to, czym zajmujemy ręce po pracy.
„Duże dziecko” może być nawet sympatycznym określeniem. Problem zaczyna się wtedy, kiedy służy do ustawienia kogoś niżej: ja jestem poważny, ty się bawisz, więc najwyraźniej nie dorosłeś.
Przy planszówce nie jestem tylko widzem.
Planszówki potrafią wymagać planowania, przewidywania ruchów, szacowania ryzyka i podejmowania decyzji. Czasem trzeba wspólnie rozwiązać problem, czasem przechytrzyć przeciwnika, a czasem pogodzić się z tym, że kości właśnie zignorowały naszą znakomitą strategię.
Do tego dochodzą ludzie przy stole. Rozmawiamy, tłumaczymy sobie zasady, spieramy się o możliwe rozwiązania, reagujemy na to, co zrobił ktoś inny. Nawet kiedy gram sam, nie jestem wyłącznie odbiorcą gotowej historii. Mam wpływ na przebieg rozgrywki.
Szczególnie lubię gry, w których zostaje fizyczny ślad decyzji. Pisałem o tym niedawno przy okazji wykreślanek i Papierowych Podziemi. Zapełniony arkusz pokazuje mi, jaką drogę wybrałem. To nie jest wielkie odkrycie naukowe. To zwyczajnie daje mi satysfakcję.
Planszówki mają też wymiar społeczny. Dobrze widać go choćby w Poczcie Planszówkowej, o której już pisałem. Gra potrafi być pretekstem do spotkania, rozmowy i dzielenia się zainteresowaniem.
Oczywiście nie każda partia jest treningiem dla przyszłego mistrza strategii. Czasami chcę po prostu rzucić kostką, pośmiać się i sprawdzić, co z tego wyjdzie. I to też jest w porządku. Nie muszę po każdym wieczorze z planszówką udowadniać, że podniosło mi się IQ.
Klocki LEGO nie pytają o datę urodzenia.
Z LEGO jest podobnie. Można składać zestaw zgodnie z instrukcją, krok po kroku, i mieć satysfakcję z tego, że z setek drobnych elementów powstała całość. Można też odłożyć instrukcję i zbudować coś własnego, sprawdzając, które pomysły da się przełożyć na rzeczywistą konstrukcję.
Czy każda taka budowla jest przejawem genialnej kreatywności? Nie. Czy musi być? Też nie. Czasem przyjemność wynika z samego procesu: skupienia, dopasowywania elementów, poprawiania i oglądania efektu.
Trudno mi zrozumieć, dlaczego to miałoby być mniej dorosłe niż inne zajęcia wykonywane po godzinach. Ktoś układa puzzle, ktoś skleja modele, ktoś pielęgnuje ogród. Ja mogę usiąść z klockami. Żadne z tych zainteresowań nie wymaga zgody komisji do spraw odpowiedniego wieku.
Gry komputerowe i paragrafówki też wymagają decyzji.
Gry komputerowe często wrzuca się do tego samego worka co planszówki: „siedzi i gra, pewnie marnuje czas”. Tymczasem pod słowem „gra” kryją się zupełnie różne doświadczenia. W jednej gracz planuje i zarządza zasobami, w innej rozwiązuje zagadki, współpracuje z ludźmi albo podejmuje decyzje wpływające na przebieg opowieści.
Dobrym przykładem są też paragrafówki. Czytelnik poznaje historię, ale co jakiś czas sam wybiera, co zrobi bohater i do którego fragmentu opowieści przejdzie. Nie tylko śledzi fabułę. W granicach przewidzianych przez autora współdecyduje o jej przebiegu.
Jasne, istnieją gry oparte na powtarzaniu prostych czynności. Nie każda wymaga wielkiego skupienia i nie każda musi rozwijać jakąś umiejętność. Tylko dlaczego miałoby to ją dyskwalifikować? Odpoczynek nie jest szkoleniem zawodowym, które trzeba rozliczyć z osiągniętych kompetencji.
Książka i serial też potrafią angażować. I dobrze.
Mógłbym teraz ogłosić, że gry wymagają myślenia, a oglądanie seriali to bezmyślne patrzenie w ekran. Tylko że byłaby to równie niesprawiedliwa ocena jak nazwanie każdego gracza dużym dzieckiem.
Sam oglądam seriale. Wiem, że dobra opowieść może rozśmieszyć, poruszyć albo zostawić człowieka z pytaniem, do którego wraca później. Czytanie książki również angażuje: trzeba wyobrażać sobie świat, interpretować tekst i łączyć fakty. A są też takie wieczory, kiedy człowiek po prostu chce obejrzeć coś lekkiego i nie podejmować już żadnych decyzji.
Różnica nie polega więc na tym, że jedna rozrywka jest zawsze inteligentna, a druga zawsze głupia. W grach częściej aktywnie wpływam na to, co się wydarzy. W filmie zwykle śledzę historię przygotowaną przez kogoś innego. To różne sposoby uczestnictwa, nie automatyczny ranking wartości człowieka.
Nie mam zamiaru nikomu odbierać przyjemności z seriali. Chciałbym tylko, żeby oglądający seriale nie odbierali innym prawa do przyjemności z grania czy budowania.
To podwójne standardy są tutaj problemem.
Najbardziej drażni mnie nie to, że ktoś nie rozumie mojego hobby. Nie musi go rozumieć. Mnie również nie interesuje wszystko, czym zajmują się inni ludzie. Problem pojawia się wtedy, gdy własny sposób spędzania czasu traktujemy jako normalny, a cudzy jako powód do wyśmiewania.
I tutaj wracam do tamtej niewypowiedzianej odpowiedzi. Chciałem wytknąć komuś wielogodzinne oglądanie seriali, bo właśnie ktoś próbował sprowadzić moje zainteresowania do dziecinnej zabawy. Tyle że gdybym odpowiedział w ten sposób, sam zrobiłbym dokładnie to, co mnie zirytowało: oceniłbym czyjś odpoczynek wyłącznie dlatego, że jest inny niż mój.
Wolę więc inne pytanie: skoro potrafimy zaakceptować cały wieczór przed telewizorem, dlaczego tak trudno zaakceptować cały wieczór przy planszówce albo przy LEGO? Nie trzeba przecież zamieniać wolnego czasu w zawody, w których ktoś ma wygrać tytuł najbardziej dorosłego uczestnika.
Nie potrzebuję pozwolenia na własne hobby.
Lubię planszówki. Lubię LEGO. Widzę sens w grach komputerowych i paragrafówkach. Część tych zajęć wymaga skupienia, część kreatywności, część podejmowania decyzji, a część daje mi po prostu przyjemność. I nie widzę powodu, żeby się z tego tłumaczyć.
Jeśli moje hobby nie przeszkadza mi w obowiązkach i nikomu nie szkodzi, nie musi przechodzić egzaminu z dorosłości. Podobnie jak serial oglądany na kanapie czy książka czytana przed snem.
Może więc dojrzałość nie polega na tym, żeby w odpowiednim wieku odłożyć klocki. Może bardziej na tym, żeby przestać wyśmiewać ludzi za to, że mają inne zainteresowania niż my.
A jeśli od czasu do czasu nadal wychodzi ze mnie „duże dziecko”? Cóż. Przynajmniej dobrze się bawię.