Trzeci sezon 1670 i sztuka śmiania się z własnych przywar
Obejrzałem trzeci sezon „1670” i podobał mi się bardziej niż drugi. Ma lepsze tempo, dostarcza więcej śmiechu i pozwala się odprężyć bez ciągłego rozkminiania fabuły. To nadal serial dla osób, które lubią absurd, anachronizmy i umieją śmiać się z własnych przywar.
Obejrzałem trzeci sezon „1670” i wyszedłem z niego z prostym wnioskiem: to nadal jest serial, przy którym można odpocząć. Nie trzeba rozkładać każdej sceny na czynniki pierwsze ani prowadzić w głowie śledztwa pod tytułem „co autor miał na myśli”. Wystarczy usiąść, włączyć odcinek i pozwolić, żeby absurd zrobił swoje.
W tej opinii nie będę rozstrzygał, czy trzeci sezon jest lepszy od pierwszego. Nie mam tu pewności. Wiem natomiast, że podobał mi się bardziej niż drugi sezon: miał lepsze tempo i dostarczył mi więcej śmiechu. A przy takim serialu to całkiem ważny wynik.
Czy trzeci sezon „1670” nadal działa?
Moja odpowiedź brzmi: tak, chociaż „działa” nie oznacza tutaj, że każdy widz będzie się śmiał w tych samych momentach. „1670” od początku opiera się na bardzo konkretnym rodzaju humoru. To komedia kostiumowa, ale nie taka, która z nabożeństwem odtwarza dawne stroje, obyczaje i wielkie historyczne wydarzenia. Kostium oraz scenografia są raczej rusztowaniem, na którym można powiesić dowcip o czymś bardzo współczesnym.
Publicznie serial jest opisywany jako połączenie komedii, satyry, absurdu i mockumentu. To dobre określenia, ale nie wyjaśniają jeszcze, dlaczego jednych „1670” bawi, a innych męczy. Najbardziej cenię w nim to, że serial nie próbuje udawać, iż każda scena musi prowadzić do wielkiego finału. Czasem wystarczy dziwny pomysł, dobra mina bohatera i odpowiednio długie przemilczenie.
Dlaczego przy tym serialu można się odprężyć?
Lubię oglądać rzeczy, które nie wymagają ode mnie ciągłego rozkminiania. Po całym dniu człowiek nie zawsze ma ochotę na produkcję, przy której trzeba zapamiętywać nazwiska, śledzić pięć poziomów intrygi i zastanawiać się, czy bohater stojący w tle przez siedem sekund będzie kluczowy w finale. Czasem chcę po prostu obejrzeć coś, co pozwoli mi odetchnąć.
Trzeci sezon „1670” dobrze trafia w tę potrzebę. Nie twierdzę, że jest pusty albo pozbawiony pomysłów. Liczy się przede wszystkim sposób podania. Humor jest na pierwszym planie, a ja nie muszę dopisywać do niego instrukcji obsługi. Mogę się zaśmiać, przewrócić oczami, pomyśleć „co ja właśnie zobaczyłem?” i oglądać dalej. To zaskakująco przyjemna forma odpoczynku.
Skąd w „1670” bierze się ten absurd?
Najmocniej działa na mnie przenoszenie współczesnego świata do świata serialu. Dobrym przykładem jest Paczkomat. Sam pomysł wystarczy, żeby zderzyć dwie rzeczy, których nie spodziewamy się zobaczyć razem. Z jednej strony mamy Adamczychę, szlachtę, chłopów i kostiumy, a z drugiej rozwiązanie, które kojarzy się z zakupami z internetu i oczekiwaniem na powiadomienie w aplikacji.
Nie chodzi tu wyłącznie o nowoczesne słowo włożone w usta bohatera. Ważniejsze jest rozpoznanie mechanizmu. Widz zna współczesne przyzwyczajenia, więc natychmiast widzi, jak bezsensownie albo logicznie mogą wyglądać po przeniesieniu do innej epoki. Właśnie dlatego absurd w „1670” nie musi być skomplikowany. Wystarczy przestawić jedną rzecz o kilka stuleci i patrzeć, co się stanie.
Lubię, kiedy taki anachronizm nie domaga się osobnego komentarza. Nie trzeba, żeby bohater spojrzał w kamerę i powiedział: „To był żart, drogi widzu”. Samo zderzenie wystarcza. Paczkomat w świecie „1670” jest śmieszny właśnie dlatego, że nie potrzebuje długiego wprowadzenia. Widz rozpoznaje rzecz z codzienności, po czym widzi ją w miejscu, w którym absolutnie nie powinna się znaleźć. I nagle zwykła przesyłka zaczyna mieć rangę wydarzenia historycznego.
Czy przebijanie ściany nadal bawi?
Tak. Szczególnie standardowe przebijanie ściany, które należy już do tego zestawu elementów, po których można rozpoznać „1670”. Lubię takie powracające żarty, jeśli nie są traktowane jak obowiązkowy punkt programu odhaczany przez scenarzystów. Tutaj nadal potrafią zadziałać, bo pasują do logiki tego świata.
Ten typ humoru przypomina mi trochę „Kapitana Bombę” i ogólnie twórczość Walaszka. Nie chodzi o identyczny styl ani o porównywanie obu produkcji scena po scenie. Chodzi o zgodę na to, że żart może być głupi, przesadzony i całkowicie niepotrzebny, a mimo to skuteczny. Działa między innymi dlatego, że pozostaje taki prosty. Nie każdy dowcip musi być znakomitym komentarzem społecznym. Niektóre mają po prostu wywołać śmiech, zanim zdążymy zapytać, czy wypadało się śmiać.
Właśnie dlatego nie próbowałbym przekonywać osoby, która takiego humoru nie lubi. Można tłumaczyć konstrukcję żartu, kontekst i całą satyrę, ale po kilku minutach człowiek zaczyna brzmieć jak przewodnik oprowadzający po wystawie „Dlaczego to powinno być śmieszne”. Osoba, której ta konwencja nie odpowiada, prawdopodobnie nie zmieni zdania po moim zachwycie nad kolejnym absurdalnym pomysłem.
Czy sezon 3 ma lepsze tempo niż drugi?
W moim odczuciu tak. To właśnie tempo sprawiło, że trzeci sezon oglądało mi się ciekawiej niż drugi. Nie twierdzę, że nagle każda minuta jest wypełniona żartem, a bohaterowie poruszają się po ekranie jak po wypożyczonej bieżni. Po prostu całość sprawniej przechodzi od jednej sytuacji do następnej.
Dzięki temu łatwiej wejść w rytm serialu. Jeden gag nie musi długo czekać na kolejną scenę, a odcinki nie sprawiają wrażenia, jakby ktoś próbował przeciągnąć dowcip poza chwilę, gdy jeszcze bawił. Nie mam tu na myśli dokładnych pomiarów ani tabeli z liczbą żartów na minutę. To moje zwykłe odczucie po obejrzeniu: było więcej śmiechu i mniej momentów, w których czekałem, aż coś wreszcie ruszy.
Słowo „ciekawiej” nie oznacza, że nagle dostałem serial sensacyjny z pościgami, tajemnicami i mapą powiązań bohaterów przyklejoną do ściany. Chodzi o zwykłą chęć włączenia następnego odcinka. Humor częściej pojawiał się wtedy, kiedy go potrzebowałem, a historia nie sprawiała wrażenia, jakby robiła sobie przerwę na kawę.
To może brzmieć jak drobiazg, ale w komedii tempo jest prawie tak ważne jak sam żart. Nawet dobry pomysł potrafi opaść na podłogę, jeśli trzeba na niego czekać zbyt długo. W trzecim sezonie czułem, że serial częściej pamięta o tej prostej zasadzie. Nie każde wejście musi kończyć się wybuchem śmiechu, ale nie powinno też wyglądać jak oczekiwanie na autobus, który według rozkładu przyjechał piętnaście minut temu.
Czy trzeci sezon jest lepszy od pierwszego?
Nie wiem. I chyba nie muszę tego rozstrzygać. Pierwszy sezon miał efekt świeżości, który przy kolejnych odsłonach już nie wraca. Widz zna już świat „1670”, rozpoznaje bohaterów i wie, że za chwilę może pojawić się coś kompletnie niepasującego do epoki. To zmienia sposób oglądania.
Mógłbym oczywiście wystawić sezonom oceny, ustawić je w szeregu i ogłosić zwycięzcę. Tylko po co? W przypadku tego serialu ważniejsze jest dla mnie to, że trzeci sezon nadal ma własną energię. Nie próbuję udowadniać, że przebił wszystko, co było wcześniej. Wystarczy mi, że po drugim sezonie dostałem odsłonę, która wydała mi się ciekawsza, szybsza i zabawniejsza.
Co z bohaterami i obsadą?
Trzeci sezon korzysta z tego, że widz zna już świat Adamczychy i głównych bohaterów. Nie trzeba od początku tłumaczyć, kim są Jan Paweł, Jakub, Aniela czy Andrzej. Można od razu wejść w kolejne sytuacje i obserwować, jak ich charakter zderza się z absurdem rzeczywistości.
W serialu nadal oglądamy między innymi Bartłomieja Topę, Michała Sikorskiego, Martynę Byczkowską, Andrzeja Kłaka, Dobromira Dymeckiego i Kiryła Pietruczuka. Obsada ma znaczenie nie dlatego, że sama lista nazwisk powinna kogoś przekonać do seansu. Komedia często zależy od sposobu zagrania drobnego dialogu, spojrzenia albo reakcji na coś, co dla wszystkich poza jednym bohaterem jest oczywiste.
Czy „1670” śmieje się z Polaków?
Tak, ale dla mnie nie jest to powód do obrażania się. Ważne jest, żeby umieć śmiać się z własnego narodu i z własnych przywar. Jeżeli każdą satyrę traktujemy jak atak na swoją tożsamość, to bardzo szybko zostaje nam głównie ponure siedzenie z założonymi rękami.
„1670” bierze na warsztat szlachtę, chłopów, ambicje, przywileje, małostkowość i nasze zamiłowanie do przedstawiania siebie jako narodu wyjątkowego. Przenosi te cechy do przerysowanego świata, ale właśnie dlatego można je zobaczyć wyraźniej. To nie jest wykład z historii ani próba opisania każdego Polaka jednym żartem. To satyra, w której przesada pozwala zauważyć coś znajomego.
Śmianie się z własnych przywar nie oznacza przecież, że trzeba uważać je za nieistotne. Można jednocześnie widzieć problem i śmiać się z jego absurdalnej strony. Właśnie to jest dla mnie ciekawsze niż komedia, która wyłącznie wskazuje palcem na innych. Łatwiej śmiać się z cudzych wad, bo wtedy człowiek może wygodnie usiąść na widowni i udawać, że jego ten spektakl nie dotyczy.
Czy absurdalny humor jest dla każdego?
Nie. I nie uważam tego za problem. Znam ludzi, do których taki humor po prostu nie trafia. Są widzowie, którzy nie chcą oglądać scen opartych na zderzeniu epoki z Paczkomatem, absurdalnych zachowań bohaterów albo dowcipu, który przez chwilę wygląda jak błąd w scenariuszu.
Ktoś szukający realistycznej historii, starannie poprowadzonego dramatu albo komedii opartej wyłącznie na błyskotliwych dialogach może się odbić od tej produkcji. „1670” nie próbuje być eleganckie przez cały czas. Czasem specjalnie schodzi do poziomu żartu, który jest tak prosty, że aż bezczelny. Jedni uznają to za zaletę, inni wyłączą serial po pierwszym odcinku.
Czy trzeba znać poprzednie sezony?
Znajomość pierwszego i drugiego sezonu pomaga, bo łatwiej rozumieć relacje oraz powracające elementy świata przedstawionego. Nie muszę jednak odświeżać sobie całej historii przed każdym odcinkiem. Dlatego ten serial nadaje się do oglądania dla odpoczynku.
Trzeci sezon ma osiem odcinków i pojawił się na Netfliksie 5 sierpnia 2026 roku. Publiczny opis wspomina między innymi o kryzysie tożsamości Jana Pawła, królewskim dworze, relacjach rodzinnych, konflikcie z Jakubem oraz szkole dla chłopów. To wystarczający kontekst, żeby wiedzieć, w jaką stronę idzie sezon, ale nie ma sensu traktować go jak instrukcji oglądania. Najlepiej po prostu wejść w ten świat i zobaczyć, czy jego absurd działa na nas.
Nie będę tutaj streszczał odcinków ani robił listy wszystkich zwrotów akcji. Po pierwsze, zepsułoby to część przyjemności osobom, które dopiero planują seans. Po drugie, nie o tym jest ten tekst. Nie tworzę tutaj technicznej recenzji z rozpisaniem scenariusza na części pierwsze. To po prostu relacja z seansu: obejrzałem, pośmiałem się i uznałem, że twórcy nadal wiedzą, jak wykorzystać absurdalny potencjał tego świata.
Dla kogo jest trzeci sezon „1670”?
Przede wszystkim dla fanów serialu. Jeżeli podobał Ci się wcześniejszy humor i nie przeszkadza Ci, że komedia potrafi celowo przesadzić, trzeci sezon powinien dać Ci kilka przyjemnych wieczorów. Po tym sezonie dostałem więcej śmiechu i lepsze tempo niż w drugim, a to wystarczyło, żebym oglądał go z przyjemnością.
Poleciłbym go także osobom, które lubią absurd i potrafią śmiać się z własnych przywar. Nie polecałbym natomiast komuś, kto na widok anachronizmu od razu zaczyna pisać reklamację do działu zgodności historycznej. To nie jest serial do oglądania z linijką, lupą i komisją egzaminacyjną. Tu chodzi o zabawę konwencją.
Trzeci sezon „1670” nie zmienił mojego życia i nie po to go oglądałem. Chciałem odpocząć, pośmiać się i przez kilka odcinków nie rozkminiać rzeczy większych niż to, dlaczego w XVII wieku pojawił się Paczkomat. I dokładnie to dostałem.