Kartka, ołówek i kostki. Dlaczego tak bardzo wciągnęły mnie wykreślanki?
Papierowe Podziemia sprawiły, że odkryłem przyjemność z pisania po arkuszach. O tym, co łączy wykreślanki, gry legacy i moje zamiłowanie do planszówek offline.
Zaczęło się od Papierowych Podziemi. Nie od odkrycia, że kostkami można rzucać, ani od wielkiej rewolucji w świecie planszówek. Po prostu podczas rozgrywki robiłem coś, co wyjątkowo przypadło mi do gustu: pisałem i zaznaczałem rzeczy bezpośrednio na arkuszu. Kartka przestawała być tylko pomocą do liczenia punktów. Stawała się zapisem tego, co zrobiłem.
Właśnie wtedy mocniej zainteresowałem się grami roll & write i innymi wykreślankami. Nie dlatego, że nagle przestałem lubić tradycyjne planszówki. Raczej dlatego, że znalazłem w nich coś, co od dawna sprawia mi przyjemność: możliwość fizycznego wpływania na to, jak wygląda moja rozgrywka.
Papierowe Podziemia. Od tego się zaczęło.
W Papierowych Podziemiach prowadzę drużynę przez lochy, podejmuję decyzje i zaznaczam ich efekty na własnym arkuszu. Są kości, są potwory, jest rozwijanie bohaterów. Ale tym, co zostało mi w głowie, nie był jeden konkretny wynik czy wyjątkowo udany ruch. Spodobało mi się samo pisanie po kartce jako część gry, a nie czynność wykonywana gdzieś na marginesie.
Najbardziej wciąga mnie myśl, że następna rozgrywka może wyglądać zupełnie inaczej. Zasady zostają te same, ale zmieniają się okoliczności i decyzje, a wraz z nimi zapis na arkuszu. Nie mam poczucia, że tylko odtwarzam wcześniej poznaną sekwencję ruchów.
To nie jest jeszcze powód, żeby ogłaszać Papierowe Podziemia najlepszą wykreślanką na świecie. Nie zamierzam też udawać, że poznałem cały gatunek. To po prostu gra, od której zaczęła się moja obecna zajawka.
Lubię, kiedy gra zostawia po sobie ślad.
W grach planszowych zawsze dzieje się coś fizycznego. Przesuwamy pionki, tasujemy karty, układamy żetony. Tyle że szczególną satysfakcję daje mi moment, w którym sam zmieniam jakiś element: coś zapisuję, zakreślam, rysuję albo skreślam.
Lubię takie „mechaniczne” rzeczy. Nie chodzi mi nawet o skomplikowaną mechanikę w rozumieniu zasad. Chodzi o czynność, którą wykonuję rękami. Kiedy patrzę na zapełniający się arkusz, widzę nie tylko stan gry, ale też konsekwencje swoich wyborów. Ktoś inny, grając w tę samą grę, prawdopodobnie wypełniłby kartkę inaczej.
Może to brzmi banalnie. Przecież to nadal tylko ołówek i papier. A jednak właśnie ten prosty element sprawia, że chce mi się poznawać kolejne gry oparte na zapisywaniu decyzji.
Co wspólnego mają wykreślanki z grami legacy?
Lubię gry legacy. Szczególnie ten ich element, w którym można coś trwale zmienić: nakleić naklejkę, przerobić komponent albo nawet zniszczyć coś, czego już później nie da się przywrócić. Wiem, że nie każdego bawi takie traktowanie zawartości pudełka. Mnie właśnie to przyciąga.
Podoba mi się świadomość, że po serii decyzji mój egzemplarz może wyglądać inaczej niż egzemplarz innego gracza. Nie dlatego, że jeden z nas zrobił coś lepiej. Po prostu podjęliśmy inne decyzje i gra zachowała ich konsekwencje.
Wykreślanki nie są tym samym co legacy i nie chcę wrzucać ich do jednego worka. W legacy zmiany często zostają z nami na kolejne spotkania z grą. W roll & write zwykle kończą się na konkretnym arkuszu i konkretnej partii. Ale jest między nimi coś wspólnego: namacalny ślad własnej rozgrywki. I podejrzewam, że to właśnie dlatego tak łatwo przeskoczyłem z jednej fascynacji w drugą.
Planszówka ma być offline.
Jest jeszcze jedna rzecz, co do której nie mam większych wątpliwości. Nie lubię gier planszowych, do których trzeba obowiązkowo używać telefonu albo komputera. Planszówka ma być dla mnie offline.
Mam na co dzień wystarczająco dużo ekranów. Kiedy siadam do gry, chcę wyciągnąć pudełko, rozłożyć elementy i grać. Bez instalowania aplikacji, sprawdzania, czy coś się zaktualizowało, i odkładania telefonu obok kostek jako kolejnego obowiązkowego komponentu.
Nie twierdzę, że takie rozwiązania są z definicji złe. Ktoś może je lubić i korzystać z nich z przyjemnością. Ja po prostu nie tego szukam w planszówkach. Ołówek, który nie potrzebuje ładowarki, jest pod tym względem wyjątkowo przekonującą technologią.
Solo to nie plan awaryjny.
Duża część mojej kolekcji to gry, w które można grać samemu. Mam też tytuły wieloosobowe, ale możliwość rozgrywki solo jest dla mnie naprawdę ważna. Jeśli najdzie mnie ochota na planszówkę, nie chcę być uzależniony od tego, czy akurat znajdzie się ktoś chętny do wspólnego grania.
Wykreślanki i pokrewne gry papierowo-kościane dobrze wpisują się w ten sposób myślenia. Nie znaczy to, że każda jest automatycznie świetna w pojedynkę. To trzeba sprawdzić przy stole, nie na pudełku. Sama możliwość wyciągnięcia arkusza i samodzielnego rozegrania partii jest jednak dużym plusem.
Po Papierowych Podziemiach w moim kręgu zainteresowań pojawiły się między innymi Kieszonkowe Podziemia, Trek 12 i CATAN: Gra Kościana. Do tego dochodzą inne pozycje. Ważne zastrzeżenie: w te gry jeszcze nie grałem. Czekają na swoją kolej, więc nie będę tu rozstrzygał, która jest najlepsza, ani udawał, że wiem, jak sprawdzają się po kilkunastu partiach. Na razie to lista rzeczy, które chcę odkryć.
Półki i czas nie są z gumy.
Cały ten entuzjazm ma dwa bardzo zwyczajne ograniczenia. Pierwsze to miejsce. Kolejne pudełka nie zmieszczą się na półce tylko dlatego, że bardzo ładnie poproszę. Drugie to czas. Można mieć ochotę zagrać w pięć gier, a wieczorem zdążyć najwyżej przeczytać instrukcję do jednej.
Pisałem już na blogu o Poczcie Planszówkowej i o tym, dlaczego podoba mi się pomysł poznawania gier bez konieczności kupowania każdej z nich. Teraz sam mam kilka tytułów, którym chciałbym poświęcić więcej uwagi. Pozostaje znaleźć na to czas, zanim zainteresuje mnie następne pudełko.
Liczę na dłuższe jesienne wieczory. Może wreszcie uda się nadrobić trochę planszówkowych zaległości. A może okaże się, że najbardziej potrzebną grą w kolekcji jest taka, w której zaznacza się wolne godziny w kalendarzu.
Na dziś wiem jedno: Papierowe Podziemia otworzyły mi drzwi do wykreślanek, a ja bardzo chcę zobaczyć, co jest za nimi dalej. Nie potrzebuję do tego aplikacji ani drugiego gracza. Wystarczy stół, kartka, ołówek i trochę czasu. Zwłaszcza tego ostatniego.