Wróć na główną

WordCamp Wrocław 2026. Drugi rok z rzędu po drugiej stronie sceny

Drugi rok z rzędu miałem okazję wystąpić na WordCampie. Tym razem we Wrocławiu, z prelekcją o agentach AI, praktycznie pełną salą i znacznie większym stresem związanym z podróżą PKP niż z samym wejściem na scenę.

Drugi rok z rzędu miałem okazję znaleźć się na WordCampie po tej trochę mniej bezpiecznej stronie sali. Nie na krześle z kawą w ręku, tylko z mikrofonem i własną prelekcją do wygłoszenia.

I chyba właśnie z tego jestem po całym wyjeździe najbardziej zadowolony. Rok temu pierwszy raz miałem okazję wystąpić na WordCampie, a teraz mogłem to powtórzyć podczas WordCamp Wrocław 2026. Fajnie zobaczyć, że nie był to jednorazowy przypadek i ponownie dostałem możliwość opowiedzenia o czymś, czym faktycznie zajmuję się na co dzień.

Chociaż, paradoksalnie, samo wystąpienie nie było tym, co stresowało mnie najbardziej.

Najwięcej stresu dostarczyło mi PKP.

Przed wyjazdem nie zastanawiałem się specjalnie nad tym, czy dam radę wejść na scenę i powiedzieć wszystko, co chciałem powiedzieć.

Zastanawiałem się za to, czy zadziała bilet.

Aplikacja PKP uparcie wywalała mi błąd, więc gdzieś z tyłu głowy krążyło pytanie, czy kontroler zobaczy mój bilet, czy zobaczy mnie jako człowieka, który bardzo przekonująco tłumaczy, że przecież naprawdę go kupił.

Do tego dochodziło standardowe podróżnicze: czy dobrze wsiądziemy, czy dobrze wysiądziemy i czy po drodze nie odkryjemy, że właśnie jedziemy w zupełnie innym kierunku.

Jechałem z kolegą, więc przynajmniej ewentualna katastrofa logistyczna nie byłaby samotna.

Jak już dotarliśmy do Wrocławia, zrobiło się zdecydowanie spokojniej.

Ostatnia prelekcja w piątek. Kto tu jeszcze przyjdzie?

Moja prelekcja miała tytuł „wp-admin, wp-cron, wp-agent” i zaczynała się w piątek o 17:30. Czyli miałem przyjemność zamykać pierwszy dzień na jednej ze ścieżek.

I tutaj pojawiła się właściwie jedyna rzecz związana z samym wystąpieniem, nad którą trochę się zastanawiałem.

Czy ktokolwiek jeszcze przyjdzie?

Po całym dniu prelekcji człowiek może już mieć ochotę bardziej na jedzenie, rozmowę albo zwyczajne wyprostowanie nóg niż na słuchanie kolejnego człowieka opowiadającego o WordPressie.

Tymczasem okazało się, że sala była praktycznie pełna.

I to było naprawdę miłe uczucie.

Sama prelekcja dotyczyła czegoś, czym od dłuższego czasu intensywnie się bawię: agentów AI pracujących przy prawdziwym WordPressie. Nie efektownego demo, gdzie wszystko działa przez siedem minut, bo wcześniej zostało siedem razy przećwiczone, tylko codziennej pracy, zadań, raportów, błędów i sprawdzania, gdzie taki agent faktycznie pomaga, a gdzie tylko bardzo pewnie udaje, że pomaga.

Po wystąpieniu nie miałem jakiegoś wielkiego poczucia „uff, przeżyłem”. Bardziej zwykłą satysfakcję.

Kolejny WordCamp, kolejne wystąpienie i znowu byłem z niego zadowolony.

I w sumie właśnie o to chodziło.

WordCamp to jednak przede wszystkim ludzie.

Same prezentacje są ważne, ale im więcej jeżdżę na takie wydarzenia, tym bardziej dochodzę do wniosku, że spora część ich wartości dzieje się poza salami konferencyjnymi.

Można spotkać ludzi poznanych na poprzednich WordCampach. Można wreszcie pogadać na żywo z osobami, które wcześniej znało się głównie z Internetu. Można usiąść, wypić kawę i przez pół godziny rozmawiać o czymś, czego nie było w żadnej agendzie.

I chyba właśnie dlatego lubię te wydarzenia.

Nie chciałbym sprowadzać WordCampa do „networkingu”, bo to słowo zawsze brzmi trochę tak, jakby za chwilę ktoś miał wyjąć plik wizytówek i rozpocząć polowanie na leady.

Tutaj chodzi bardziej o normalne spotkanie ludzi, którzy siedzą w podobnej branży, mają podobne problemy i często podobnie absurdalne historie z projektów.

O AI rozmawialiśmy nie tylko ze sceny.

Siłą rzeczy temat AI wracał również w rozmowach poza moją prelekcją.

I dobrze, bo mam wrażenie, że zaczynamy przechodzić z etapu zachwytu nad tym, że model potrafi wygenerować kod albo tekst, do znacznie ciekawszego pytania: co się stanie, kiedy te narzędzia zaczniemy wpuszczać coraz głębiej do naszej codziennej pracy?

Rozmawialiśmy więc nie tylko o możliwościach, ale też o zagrożeniach.

Bo agent, który potrafi wykonać kilkanaście operacji samodzielnie, może zaoszczędzić mnóstwo czasu. Może też bardzo szybko zrobić coś, czego wcale nie chcieliśmy.

I właśnie ten fragment całej zabawy interesuje mnie obecnie najbardziej. Nie pytanie, czy AI potrafi coś zrobić, tylko kiedy można mu na to pozwolić i jak bardzo trzeba patrzeć mu na ręce.

Ale to temat zdecydowanie większy niż jeden akapit w relacji z WordCampa.

Skoro już byłem we Wrocławiu…

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym przy okazji wyjazdu nie sprawdził również, co Wrocław ma do zaoferowania geocachingowo.

Tym razem nie interesowało mnie jednak czyszczenie mapy i zbieranie wszystkiego, co akurat znajdowało się pięć metrów od trasy.

Wybrałem tylko kilka perełek. Przede wszystkim większe pojemniki oraz skrytki, które zostały mi wcześniej wytypowane jako warte uwagi.

I tutaj na razie postawię kropkę, bo zarówno same wrocławskie kesze, jak i sposób, w jaki je wybierałem, zasługują na osobny wpis.

Mogę tylko zdradzić, że pomagał mi w tym projekt, który nazywa się cachepilot.

O nim będzie niedługo znacznie więcej.

To co, do następnego?

Po WordCamp Wrocław 2026 zostało mi przede wszystkim poczucie, że chciałbym takich wyjazdów więcej.

Fajnie było drugi rok z rzędu znaleźć się w gronie prelegentów. Fajnie było zobaczyć praktycznie pełną salę na ostatniej piątkowej prelekcji. Jeszcze fajniej było ponownie spotkać znajomych i poznać na żywo ludzi, których wcześniej kojarzyłem przede wszystkim z ekranu.

Organizatorzy WordCamp Kraków zapowiedzieli już kolejną edycję na kwiecień 2027.

Czy się tam pojawię? Zobaczymy.

A może nawet znowu po tej stronie sceny?

Być może do zobaczenia w Krakowie.

Zdjęcie Wojtka Jakieły

Fajnie, że przeczytałeś to do końca.

Jeżeli masz coś do dodania albo po prostu chcesz się odezwać, napisz do mnie na maila. Znajdziesz mnie też na Facebooku, YouTube, Instagramie, TikToku, LinkedInie i X.