Z Leżajska do Marysina rowerem. Przynajmniej taki był plan
Plan był całkiem prosty: zostawić samochód w Leżajsku, pojechać rowerem na zjazd krótkofalowców w Marysinie i przy okazji znaleźć kilka keszy. Po sześciu kilometrach pogoda uznała jednak, że przygotowała mi zupełnie inny program.
Plan na dzisiejszy wyjazd był całkiem prosty. Chciałem zostawić samochód w Leżajsku, wsiąść na rower, dojechać nim na zjazd krótkofalowców w Marysinie, a przy okazji znaleźć kilka keszy. W praktyce przejechałem sześć kilometrów, zawróciłem w ulewie, suszyłem się nawiewem w samochodzie, a rower ostatecznie dotarł do Marysina na uchwycie. Czyli plan został zrealizowany mniej więcej tak dokładnie, jak przepis kulinarny po wyrzuceniu połowy składników.
Miał być rower, kesze i krótkofalarstwo
Sam zjazd krótkofalowców nie był jedynym powodem wyjazdu. Chciałem połączyć kilka rzeczy: przejechać się rowerem po okolicach Leżajska, zebrać parę keszy i na koniec wpaść do Marysina. Taki pakiet trzech atrakcji w jednym wyjeździe.
Keszy w samym Leżajsku jest jak na lekarstwo, ale skoro już miałem tam zostawić samochód, warto było spróbować znaleźć chociaż kilka. Zjazd miał być dobrym punktem docelowym całej trasy. Samochód zostaje na parkingu, ja jadę rowerem, oglądam okolicę, szukam keszy i spotykam się ze znajomymi. Na mapie wszystko wyglądało bardzo rozsądnie.
Pogoda najwyraźniej mapy nie widziała.
Bielizna termoaktywna miała uratować sytuację
Pojechałem w krótkich spodniach i koszulce z krótkim rękawem. Nie ruszyłem jednak całkiem bez przygotowania. Na wszelki wypadek zabrałem bieliznę termoaktywną, bo pogoda nie wyglądała idealnie.
Kiedy dojechałem do Leżajska, na niebie wyraźnie „wisiało”. Jeszcze nie padało, ale chmury wyglądały tak, jakby prowadziły między sobą ostatnie konsultacje przed rozpoczęciem programu artystycznego. Uznałem jednak, że można ruszać.
Problem polegał na tym, że zabrałem coś na chłód, ale nie miałem pełnego kompletu suchej odzieży na zmianę. Bielizna termoaktywna była więc trochę jak gaśnica zabrana na wyjazd, podczas którego ostatecznie pękła rura z wodą. Przydatna rzecz, tylko niekoniecznie do tego konkretnego problemu.
Po sześciu kilometrach zaczęło lać
Pierwsze kilometry przejechałem bez większego problemu. Niebo nadal straszyło, ale dało się jechać. Dopiero po około sześciu kilometrach, w środku lasu, zaczęło po prostu lać.
Nie była to sytuacja, w której spadło kilka kropel i można było liczyć, że za chwilę przejdzie. Deszcz od razu przystąpił do działania, jakby przez cały poranek czekał właśnie na moment, w którym znajdę się odpowiednio daleko od samochodu.
Podjechałem jeszcze kilkadziesiąt metrów. Prawdopodobnie bardziej po to, żeby móc uczciwie powiedzieć, że próbowałem, niż dlatego, że widziałem sens dalszej jazdy. Po krótkiej naradzie z samym sobą doszedłem do wniosku, że trzeba zawrócić.
Kontynuowanie trasy oznaczałoby dojechanie do Marysina kompletnie przemoczonym, bez suchych ubrań i bez większej szansy na poprawę sytuacji. Odwrót nie był szczególnie ambitnym zakończeniem rowerowej części wyjazdu, ale przynajmniej prowadził w stronę ogrzewania.
Samochód został suszarnią bez bębna
Po powrocie na parking nie miałem się w co przebrać. Pozostała więc najbardziej zaawansowana technologia dostępna w samochodzie: nawiew i ogrzewanie.
Włączyłem jedno i drugie, licząc, że przynajmniej trochę obeschnę. Samochód został tymczasową suszarnią, tylko zamiast obracającego się bębna był fotel, mokre ubrania i człowiek zastanawiający się, dlaczego nie zabrał jeszcze jednej koszulki.
Nie udało się oczywiście wysuszyć wszystkiego całkowicie. Było jednak odrobinę lepiej niż zaraz po powrocie z lasu. W tym momencie rowerowa wycieczka była już zakończona, a geocaching także wypadł z planu. Deszcz skutecznie przeszkodził w szukaniu tych kilku keszy, których w Leżajsku i tak nie ma zbyt wiele.
To trochę tak, jakby pojechać do sklepu po ostatnie trzy pączki, a na drzwiach zobaczyć kartkę, że z powodu ulewy zamknięto również piekarnię.
Rower dotarł do Marysina samochodem
Mogłem w tym momencie wrócić do domu. Skoro jednak byłem już blisko Marysina, postanowiłem pojechać na zjazd samochodem. Wiedziałem też, że będą tam koledzy krótkofalowcy, których znam, więc szkoda było odpuścić wszystko.
Rower trafił na uchwyt i w ten sposób pokonał pozostałą część drogi. Miał dość wygodnie. Nie musiał pedałować, nie zastanawiał się nad pogodą i prawdopodobnie jako jedyny uczestnik tego wyjazdu nie miał żadnych pretensji do zmiany środka transportu.
Na samym zjeździe zostałem około godziny. Dojechałem przemoczony i po całej zabawie z deszczem, odwrotem oraz suszeniem w samochodzie nie miałem już szczególnej ochoty długo tam siedzieć. Gdyby nie znajomi i fakt, że byłem już tak blisko, prawdopodobnie w ogóle bym tam nie pojechał.
Czy ten wyjazd miał jeszcze sens?
Gdybym od początku planował wyłącznie samochodowy wyjazd na zjazd krótkofalowców w Marysinie, raczej zostałbym w domu. Do wyjazdu przekonała mnie możliwość połączenia spotkania z rowerem i geocachingiem.
Ostatecznie właśnie te dwie części planu nie wypaliły. Przejechałem około dwunastu kilometrów, licząc drogę w obie strony, nie znalazłem żadnego kesza, a na zjeździe spędziłem mniej więcej godzinę. Trudno więc ogłosić wielki sukces.
Z drugiej strony spotkałem się ze znajomymi i przynajmniej nie zawróciłem do domu od razu po zejściu z roweru. Wyjazd nie był całkowicie zmarnowany. Był po prostu jednym z tych dni, kiedy człowiek przygotowuje plan, a pogoda bierze go do ręki, czyta pierwsze zdanie i wyrzuca resztę do kałuży.
Następnym razem zabiorę pełny komplet ubrań na zmianę. Bielizna termoaktywna nadal może jechać, ale dostanie towarzystwo. Samochodowy nawiew poradził sobie dzielnie, jednak nie zamierzam robić z niego stałego elementu wyposażenia rowerowej pralni.