Back to home

Krótkofalarstwo zaczęło się od kolegi, taniego radia i lekkiego zdziwienia.

Kupiłem tanie chińskie radio z Allegro, którego nazwę zna chyba każdy. Miało być niewinnie: posłuchamy, zobaczymy, pogadamy. A potem okazało się, że krótkofalarstwo to nie zabawka, tylko cały świat ludzi, klubów, anten, egzaminów, łączności i radiowej magii bez internetu.

Zaczęło się niewinnie. Kolega powiedział coś w stylu: kup sobie takie tanie chińskie radio z Allegro, którego nazwę zna chyba każdy, posłuchamy, co tam słychać. Brzmiało prosto. Bez wielkiej filozofii, bez planu na nowe hobby, bez marzeń o antenach, pasmach i łącznościach z drugim końcem świata. Ot, radio, trochę ciekawości i człowiek, który jeszcze nie wie, że właśnie otwiera drzwi do bardzo dużego pokoju.

Do kompletu była jeszcze jakaś pseudolicencja na dwie częstotliwości, więc na początku wyglądało to tak, jakby temat był ogarnięty. Mamy sprzęt, mamy papier, można działać. I tu właśnie wjeżdża rzeczywistość, cała na biało. Bo krótkofalarstwo to nie jest po prostu: „mam krótkofalówkę, więc nadaję”. To służba radiokomunikacyjna amatorska, konkretne zasady, pozwolenie radiowe, znak wywoławczy, pasma, operator i odpowiedzialność za to, co wypuszcza się w eter.

Ten tekst nie jest poradnikiem prawnym i nie będzie szczegółową rozprawą o legalności tanich radiotelefonów. Na to przyjdzie osobny artykuł. Chcę raczej opowiedzieć, jak wyglądało moje wejście w krótkofalarstwo dla początkujących: od zachwytu, przez lekkie zdziwienie, po świadome wejście w hobby, które zostało ze mną na lata.

Czym jest krótkofalarstwo, kiedy zdejmie się z niego mit zwykłej krótkofalówki?

Gdy ktoś pyta, czym jest krótkofalarstwo, najłatwiej odpowiedzieć: to hobby związane z łącznością radiową. Ale taka odpowiedź jest poprawna mniej więcej tak samo, jak powiedzenie, że ognisko to ciepły patyk. Niby prawda, ale całe mięso zostaje obok.

Krótkofalarstwo to technika, rozmowy, eksperymenty, antena rozwieszona między drzewami, nasłuch, zawody, łączność analogowa i cyfrowa, praca na różnych częstotliwościach, czasem zwykła lokalna rozmowa przez przemiennik, a czasem próba dogadania się z korespondentem z innego kontynentu. To także ham radio, amateur radio, radiotechnika, trochę cierpliwości i sporo pokory, bo fale radiowe mają własne humory.

Największe odkrycie dla początkującego jest takie, że radio nie jest samotną wyspą. Za nim stoją pasma amatorskie, przepisy, kluby, zwyczaje operatorskie, raporty, karty QSL i ludzie, którzy potrafią wyjaśnić więcej w pięć minut przy kawie niż niejeden internetowy wątek przez trzy strony komentarzy.

Jak tanie radio z Allegro potrafi wciągnąć człowieka w temat?

Moje pierwsze radio było właśnie z tej kategorii: tanie, chińskie, popularne i dostępne od ręki. Nie kupowałem go z myślą: zostanę krótkofalowcem. Bardziej: posłucham, zobaczę, może pogadam na tych częstotliwościach, na które podobno mamy pozwolenie. Na papierze wyglądało to niewinnie. W praktyce wydawało się ogarnięte tylko do momentu, gdy ktoś mądrzejszy zapalił światło.

Takie urządzenie może działać jako odbiornik i może być pierwszym kontaktem z tym, co dzieje się w eterze. Można usłyszeć lokalny ruch, czasem przemiennik, czasem coś, czego człowiek kompletnie nie rozumie, ale już czuje, że za tym jest większy temat. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś traktuje przycisk PTT, czyli przycisk nadawania, jak zaproszenie do zabawy bez sprawdzenia, gdzie nadaje i czy w ogóle wolno mu to robić.

I tutaj mój pierwszy wniosek jest prosty: samo posiadanie radia nie robi z człowieka operatora. Tak jak kupienie kuchenki turystycznej nie robi od razu kucharza polowego, a kupienie kompasu nie znaczy, że człowiek nie zgubi się w lesie po trzech zakrętach.

Czy można używać takiego radia bez licencji?

To jest moment, w którym trzeba powiedzieć jasno: nie zaczynaj od nadawania. Serio. Jeżeli kupiłeś radio, bo ktoś powiedział, że „wszyscy tak robią”, zatrzymaj się na chwilę. Posłuchaj, poczytaj, zapytaj ludzi, idź do klubu. Nie rób z eteru prywatnego podwórka, bo możesz wejść komuś w pracę, narobić bałaganu i od początku nauczyć się złych nawyków.

W moim przypadku przełom przyszedł wtedy, gdy zacząłem pytać w internecie. Zgłosił się do mnie krótkofalowiec i zamiast zrobić ze mnie przestępcę z anteną, spokojnie pokazał, że istnieje coś takiego jak APRS, przemienniki, kluby krótkofalarskie i cała warstwa zasad, o których nie miałem pojęcia. APRS to system przesyłania krótkich informacji radiowo, często używany na przykład do pokazywania pozycji stacji na mapie. Przemiennik to z kolei stacja, która odbiera sygnał i nadaje go dalej, dzięki czemu można rozmawiać na większym obszarze.

To był bardzo dobry moment otrzeźwienia. Zaraz po tym zaprzestałem używania sprzętu w sposób, który mógłby być problematyczny. Zacząłem chodzić do klubów krótkofalarskich w okolicy, łapać kontekst, poznawać ludzi i uczyć się. A kiedy złapałem bakcyla, zapisałem się na egzamin. Bo jeśli człowiek chce potraktować przygodę z krótkofalarstwem serio, to naprawdę może pokazać samemu sobie, że jest na tyle ogarnięty, żeby zdać prosty egzamin i działać normalnie.

Co trzeba zrobić, żeby zostać krótkofalowcem?

Droga nie jest tak straszna, jak wygląda z boku. Trzeba zdobyć podstawową wiedzę, zdać egzamin, a potem uzyskać pozwolenie radiowe. Dziś po zdanym egzaminie wydawane jest zaświadczenie, które pozwala złożyć wniosek do UKE o pozwolenie w służbie radiokomunikacyjnej amatorskiej. UKE, czyli Urząd Komunikacji Elektronicznej, to instytucja, która zajmuje się między innymi takimi pozwoleniami. Sam fakt zdania egzaminu nie oznacza jeszcze, że można używać amatorskich urządzeń radiowych do nadawania.

To ważne, bo początkujący często szuka jednego magicznego momentu: zdałem, więc mogę. A tu jest kilka kroków. Egzamin, dokument, wniosek, własny znak wywoławczy i dopiero później legalna praca na pasmach. Nie jest to wyprawa na K2 w klapkach, ale trzeba przejść tę drogę po kolei.

Najlepsza rada? Zanim zaczniesz czytać wszystko samemu, znajdź klub. Popracuj z radiostacją klubową, posłuchaj, jak robią to licencjonowani krótkofalowcy, zapytaj o podstawy, zobacz sprzęt i ludzi w praktyce. Grupy dyskusyjne też pomagają, ale klubowe spotkanie potrafi oszczędzić człowiekowi wielu głupich skrótów.

Dlaczego SSTV z ISS zrobiło mi zwarcie w głowie?

Jednym z pierwszych momentów, który naprawdę mnie wciągnął, było SSTV z ISS. Brzmi jak zupa z liter, więc po ludzku: SSTV to sposób przesyłania obrazów przez radio, a ISS to Międzynarodowa Stacja Kosmiczna. Ktoś pokazał mi, że można odebrać obrazki nadawane ze stacji kosmicznej. I tu nie chodziło tylko o sam obrazek. Chodziło o to, że ten sygnał leci radiowo z kosmosu. Bez internetu. Bez aplikacji. Bez logowania, konta premium i komunikatu „zaakceptuj regulamin”.

Dla mnie to było coś niesamowitego. Masz prosty zestaw, kawałek wiedzy, antenę, odpowiedni moment przelotu i nagle odbierasz coś, co przyszło z orbity. Internet przyzwyczaił nas, że wszystko po prostu działa, ale trochę zabrał nam świadomość drogi, jaką informacja pokonuje. A tu ta droga jest prawie namacalna: stacja, fale, eter, antena, dekodowanie i obraz.

To był jeden z tych momentów, kiedy krótkofalarstwo przestało być dla mnie ciekawostką, a zaczęło być przygodą. Bo jeżeli można odebrać obrazek z ISS, to co jeszcze da się zrobić? Jak daleko pójdzie łączność? Co zrobi propagacja, czyli warunki rozchodzenia się fal radiowych? Dlaczego raz na danym paśmie jest cisza, a innym razem słychać świat? Tu zaczyna się zabawa.

Dlaczego antena bywa ciekawsza niż samo radio?

Na początku człowiek patrzy głównie na radio. Ma ekran, guziki, pokrętła, menu, moc 5 W, czasem latarkę, której nikt nie potrzebował, ale jest. Potem okazuje się, że prawdziwa magia bardzo często zaczyna się nie w radiu, tylko w antenie.

Z kawałka drutu można zrobić rzeczy, które brzmią podejrzanie, dopóki się ich nie zobaczy. Praca na pasmach 20 m i 15 m, próby z prostymi antenami, ustawienie anteny kierunkowej, testowanie w terenie, pierwsze dalsze łączności z innymi stacjami — to wszystko uczy szybciej niż tabelka w internecie. Nagle okazuje się, że sprzęt jest ważny, ale miejsce, wysokość anteny, jej dopasowanie, wybrane pasmo i warunki robią ogromną różnicę.

To jest piękne, bo krótkofalarstwo nie zawsze nagradza tego, kto ma najdroższy sprzęt. Czasem nagradza tego, kto rozumie, co robi, ma cierpliwość i potrafi rozwiesić drut tak, żeby nie wyglądało to jak choinka po przejściach, ale faktycznie działało.

Po co w tym wszystkim ludzie i kluby?

Na początku trochę się bałem. Wiadomo, przychodzisz jako świeżak, a tam ludzie, którzy mówią skrótami, znają pasma, znaki, przemienniki, potrafią opowiadać o emisjach cyfrowych, a Ty jeszcze próbujesz zrozumieć, czym różni się nasłuch od nadawania. Łatwo poczuć, że wszyscy wiedzą więcej.

U mnie poszło jednak bardzo naturalnie. Najpierw trafiłem do klubu szkolnego w mojej miejscowości, prowadzonego przez nauczyciela, który uczył mnie w podstawówce. Potem był drugi klub w Krośnie. A później, przy sprzedaży jednej z anten, pojawił się u mnie jeszcze inny kolega i wtedy dowiedziałem się o kolejnym klubie. Z tym klubem jestem związany do dziś.

Jestem krótkofalowcem od około 10 lat, a z klubem związany pewnie około 8. I po tym czasie mogę powiedzieć jedno: radio jest świetne, ale ludzie robią ogromną część tego hobby. Można mieć sprzęt, można mieć pasmo, można mieć plan, ale bez ludzi robi się z tego samotne kręcenie gałką. A z ludźmi robi się przygoda.

QSL-ki, PZK i cała otoczka, o której początkujący nie myśli.

Po drodze pojawiają się też rzeczy, o których na początku nikt nie myśli. Karty QSL, potwierdzanie łączności, biura, organizacje, regulaminy i trochę tradycji. To nie jest najważniejszy powód, dla którego człowiek zaczyna, ale z czasem zaczyna rozumieć, że krótkofalarstwo ma własną kulturę.

W PZK jestem głównie z bardzo praktycznego powodu: obsługa QSL-ek. PZK, czyli Polski Związek Krótkofalowców, pojawia się w tej historii właśnie w tym kontekście i tyle mi tu wystarczy. Nie chcę robić z tego tekstu rozprawy o organizacji, bo to osobny temat i nie ten klimat.

Warto natomiast wiedzieć, że QSL to nie tylko pocztówka dla kolekcjonera. To potwierdzenie łączności, kawałek historii pracy na radiu, czasem mała nagroda za cierpliwość. Na karcie mogą znaleźć się między innymi znak własnej stacji, znak korespondenta, data, czas UTC, pasmo, rodzaj emisji i raport. Niby drobiazg, ale w tym hobby takie drobiazgi mają swój urok.

Co po latach daje mi największą frajdę?

Po latach moje zainteresowania poszły w kilka stron. Specjalizuję się w łączności ratunkowej EMCOMM. To taki obszar krótkofalarstwa, w którym radio traktuje się jako narzędzie do komunikacji wtedy, gdy zwykłe środki łączności mogą nie działać albo są mocno ograniczone. Bo radio ma sens nie tylko wtedy, gdy świeci słońce, internet działa, a każdy ma zasięg w telefonie. Kiedy komunikacji elektronicznej zaczyna brakować albo robi się trudno, niezależna łączność radiowa przestaje być zabawką, a zaczyna być narzędziem.

Startuję też w zawodach emisjami cyfrowymi. Tam jest inny rodzaj zabawy: ustawienia, skuteczność, współzawodnictwo, raport, tempo, logowanie, propagacja i kombinowanie, jak wycisnąć z warunków tyle, ile się da. To jest technicznie bardzo wciągające.

Ale prawda jest taka, że najlepsze i tak są spotkania z kolegami z klubu. Najlepiej w terenie. Rozwieszamy metry, a czasem człowiek ma wrażenie, że kilometry drutu, wyciągamy akumulatory, rozpalamy ognisko albo odpalamy kuchenki i działamy. Trochę outdoor, trochę technika, trochę logistyka, trochę wspólne dłubanie przy czymś, co wygląda dziwnie dla postronnych, ale daje masę radości.

Jak wejść w krótkofalarstwo bez złych nawyków?

Gdybym miał dziś powiedzieć coś komuś, kto właśnie kupił tanie radio i myśli: „dobra, to teraz sobie pogadam”, odpowiedź byłaby prosta: nie rób tego. Nie dlatego, że chcę odstraszać od hobby. Wręcz przeciwnie. Chcę zachęcić, tylko nie do zaczynania od złych nawyków.

Idź do klubu. Poznaj fantastycznych ludzi. Kup sobie skaner albo zacznij od SDR. SDR to odbiornik radiowy współpracujący z komputerem, który pozwala słuchać różnych sygnałów i zobaczyć na ekranie, co dzieje się na danym fragmencie pasma. Posłuchaj, jak pracują stacje radiowe. Zobacz, czym jest przemiennik, co dzieje się na paśmie 2 m, jak brzmią różne emisje, jak wygląda praca radiooperatora i dlaczego nie każdy sygnał w eterze jest zaproszeniem do rozmowy.

Potem popracuj z radiostacją w klubie, zapytaj, poczytaj, poćwicz i zdaj egzamin. To naprawdę nie jest bariera nie do przejścia. A kiedy już masz własny znak, pozwolenie i wiesz, co robisz, zabawa jest o wiele lepsza, bo nie musisz działać na skróty ani udawać, że nie widzisz problemu.

Dlaczego mimo wszystko warto?

Bo krótkofalarstwo ma w sobie coś, czego nie da się łatwo zastąpić aplikacją. Jest bezpośrednie. Czasem toporne. Czasem nie działa wtedy, kiedy chcesz. Czasem wymaga noszenia akumulatora, rozplątywania kabli i tłumaczenia komuś, dlaczego ta linka między drzewami nie jest suszarką do prania.

Ale kiedy zadziała, daje frajdę trudną do podrobienia. Obrazek z ISS, pierwsza dalsza łączność, zawody, QSL, praca w terenie, rozmowa z kimś daleko, test anteny zrobionej własnymi rękami. To są rzeczy, które zostają w głowie.

Dlatego nie chcę nikogo straszyć krótkofalarstwem. Chcę raczej powiedzieć: wejdź w to, ale z głową. Nie zaczynaj od wciskania PTT tylko dlatego, że radio przyszło z paczkomatu. Zacznij od słuchania, ludzi, klubu, nauki i legalnej pracy. Wtedy to hobby nie tylko nie traci uroku, ale dopiero naprawdę zaczyna pokazywać, co potrafi.

Wojtek Jakieła

Nice of you to read this far.

If you have something to add or just want to say hi, drop me an email. You can also find me on Facebook, YouTube, Instagram, TikTok, LinkedIn and X.