Back to home

Rower elektryczny na podjazdy. Po 2500 km wiem, że pomógł bardziej, niż myślałem.

Kiedyś wsiadałem na rower, robiłem 25 km, umierałem i kolejną próbę podejmowałem za kilka lat. Potem kupiłem legalny rower elektryczny BESV TRX 1.5. Po ponad 2500 km wiem, że nie chodziło o ułatwienie sobie życia dla zasady. Chodziło o to, żeby w ogóle zacząć jeździć.

Nie kupiłem roweru elektrycznego po to, żeby udawać zawodnika MTB, robić minę człowieka z katalogu i opowiadać, że teraz każda górka jest moja. Kupiłem go, bo wcześniej mój kontakt z rowerem wyglądał dość smutno: raz na kilka lat wsiadałem, robiłem jakieś 25 kilometrów, umierałem i potem rower odpoczywał. Ja zresztą też. Kolejna próba przychodziła po kilku latach, kiedy organizm zdążył już zapomnieć, co mu ostatnio zrobiłem.

Problemem nie była sama jazda. Problemem były podjazdy. Mam w okolicy spore przewyższenia i bardzo szybko okazało się, że zwykłe „wezmę się za siebie” brzmi świetnie tylko do momentu, gdy droga zaczyna iść w górę. Wtedy ambicja siada obok, zapina pasy i mówi: radź sobie sam.

Dlatego zacząłem szukać wsparcia. Tak, elektrycznego. Tak, legalnego. Bez manetki, czyli bez dźwigni gazu, która pozwalałaby jechać bez pedałowania. Bez kombinowania i bez udawania, że mały motocykl to nadal rower, tylko trochę bardziej pewny siebie. Wybór padł na BESV TRX 1.5, bo chciałem mieć sensowny silnik, ale budżet nie był z gumy.

Po ponad 2500 km wiem jedno: to nie był zakup, który zrobił ze mnie kolarza. To był zakup, który sprawił, że znowu zacząłem jeździć.

Dlaczego w ogóle kupiłem rower elektryczny?

U mnie rower elektryczny nie pojawił się jako fanaberia. To nie było: „mam już wszystko, to jeszcze kupię e-bike’a, bo ładnie wygląda w garażu”. Punktem wyjścia był bardzo konkretny problem: chciałem jeździć, ale okolica szybko sprowadzała mnie na ziemię. Czasem prawie dosłownie, bo po trudniejszym podjeździe człowiek najchętniej położyłby się obok roweru i udawał element krajobrazu.

Najgorsze było to, że zanim jazda zdążyła zrobić się przyjemna, już zaczynała być walką. Na zwykłym rowerze pewnie nie odjechałbym od domu nawet pięciu kilometrów, bo podjazdy potrafiły mnie wykończyć na starcie. Nie mówiąc już o takich miejscach jak Przymiarki. Dla kogoś wyjeżdżonego to może być normalny fragment trasy. Dla mnie na początku była to ściana, przy której człowiek zaczyna negocjować z płucami.

Rower elektryczny miał więc zrobić jedną rzecz: pomóc mi przejść przez ten pierwszy, najgorszy etap. Nie zastąpić jazdę. Nie zrobić trasy za mnie. Po prostu dać takie wspomaganie, żebym zamiast raz się zajechać i odpuścić na kolejne lata, zaczął jeździć regularnie.

Czy e-bike to oszukiwanie? Trochę tak, ale to nie takie proste

Nie mam potrzeby udawać, że rower elektryczny i zwykły rower to dokładnie to samo. Nie są. Elektryczny napęd daje przewagę, szczególnie na podjazdach, i trzeba to powiedzieć uczciwie. Kiedy jadę z grupą, a reszta ma zwykłe rowery, często wyłączam wspomaganie. Wtedy bardzo szybko czuć, że mój rower swoje waży i że fizyka nie poszła na kawę.

Z drugiej strony legalny e-bike nie jest skuterem w przebraniu. Mój rower nie ma manetki do jazdy bez pedałowania. Silnik ma 250 W, czyli mieści się w typowej definicji roweru z pomocniczym napędem elektrycznym. W praktyce oznacza to tyle, że wspomaganie działa tylko wtedy, gdy pedałuję. Nie wtedy, gdy stoję i trzymam kierownicę jak pilot od telewizora.

Dlatego mam bardzo negatywne podejście do kombinowanych, nielegalnych hulajnóg i rowerów, które udają rower tylko do pierwszej kontroli albo pierwszego problemu. Legalne rowery elektryczne widzę inaczej. Tak, pomagają. Tak, ułatwiają podjeżdżanie. Ale nadal trzeba kręcić, pilnować trasy, trzymać równowagę i nie robić z siebie pasażera na sprzęcie, który z założenia ma być rowerem.

Pierwszy miesiąc: bez wspomagania pewnie nie odjechałbym daleko od domu…

Najmocniej pamiętam pierwszy miesiąc. Praktycznie każda jazda była dla mnie dowodem, że dobrze zrobiłem. Bez wspomagania pewnie nie odjechałbym od domu dalej niż kilka kilometrów, bo podjazdy zjadłyby mnie szybciej, niż zdążyłbym udawać, że mam plan. Rower elektryczny sprawił, że te same podjazdy nie zniknęły, ale przestały być ścianą nie do przejścia.

To nie było tak, że włączyłem najwyższy tryb i nagle świat stał się płaski. Na początku nawet na pełnym wspomaganiu potrafiłem prawie wypluwać płuca. Rower pomagał, ale nie jechał za mnie. Musiałem pedałować, utrzymać rytm, nauczyć się zmieniać tryby i nie wjeżdżać w podjazd tak, jakby na górze rozdawali darmowe pierogi.

I właśnie to było najważniejsze. Wspomaganie nie zabrało wysiłku, tylko przesunęło go z poziomu „po co ja to sobie robię?” na poziom „dobra, dam radę”. Niby mała różnica, ale w praktyce to przepaść. Bo jeśli po jeździe masz ochotę kiedyś wyjechać znowu, to znaczy, że coś zaczęło działać.

Co zmieniło się po 2500 km?

Po ponad 2500 km widzę, że największa zmiana nie wydarzyła się w rowerze. Wydarzyła się we mnie. Na początku pełne wspomaganie było ratunkiem. Teraz, gdy je włączę, mam czasem wrażenie, że rower prawie sam wciąga mnie pod górę. Prawie, bo nadal pomaga tylko wtedy, gdy pedałuję. To ja też się zmieniłem, a nie tylko sprzęt robi swoje.

Kondycja na pewno się poprawiła. I to jest moim zdaniem najlepsza odpowiedź na teksty, że rower elektryczny rozleniwia. W moim przypadku było odwrotnie. On pozwolił mi zacząć. A kiedy zacząłem, zacząłem jeździć częściej. Kiedy jeździłem częściej, przestałem traktować każdy wyjazd jak wyprawę na drugi koniec możliwości organizmu.

Najpierw zacząłem jeździć po okolicy. Potem mapa zaczęła się rozszerzać. Teraz zamontowałem hak w aucie i kupiłem uchwyt rowerowy, żeby wyjeżdżać na dalsze wycieczki. To chyba najlepiej pokazuje, że ten rower nie został drogim stojakiem w garażu. Stał się pretekstem do ruszania się dalej.

Dlaczego wybrałem BESV TRX 1.5, ale nie chcę robić z tego reklamy?

BESV TRX 1.5 jest w tym tekście ważny, bo to właśnie na nim przejechałem ponad 2500 km. Ale nie chcę robić z tego laurki dla jednego modelu. To nie ma być tekst z gatunku: „najlepszy rower elektryczny, kliknij i kup”. To jest po prostu mój rower, moja baza doświadczeń i mój poligon do jazdy, gadżetów oraz serwisowych lekcji.

Wybrałem go, bo chciałem mieć dobry silnik, ale budżet miał swoje granice. Przy rowerach elektrycznych bardzo łatwo wejść w tryb: „dołóż jeszcze trochę”. A potem jeszcze trochę. I jeszcze, bo ten ma lepszą baterię, tamten fajniejszy osprzęt, a inny wygląda tak, jakby sam robił kawę po trasie. W pewnym momencie trzeba zejść na ziemię i wybrać coś, co ma sens dla własnych potrzeb.

Dla mnie ten model miał być rowerem na podjazdy, jazdę po okolicy, dalsze wycieczki i trochę terenu. Nie twierdzę, że to jedyny słuszny wybór. Twierdzę tylko, że w moim przypadku spełnił główne zadanie: pomógł mi regularnie jeździć tam, gdzie wcześniej zwykła ambicja kończyła się szybciej niż bateria w starym telefonie.

Rower elektryczny, legalność i temat manetki.

Od początku chciałem legalny rower elektryczny. Mój rower nie ma manetki, czyli elementu, który pozwalałby ruszyć i jechać bez pedałowania. Silnik ma 250 W, więc mieści się w założeniach typowego roweru elektrycznego ze wspomaganiem. Najważniejsze jest jednak to, jak ten napęd działa: pomaga tylko wtedy, gdy kręcę pedałami.

To istotna różnica. Rower elektryczny ma pomagać, a nie zastępować człowieka. W moim przypadku wspomaganie po prostu wzmacnia siłę pedałowania. Jeśli przestaję kręcić, rower nie ciągnie mnie dalej jak skuter. Jeśli przekraczam granicę wspomagania, muszę jechać normalnie. To nadal jest jednoślad, na którym trzeba pracować nogami.

Nie demonizuję e-bike’ów, bo sam wiem, ile dobrego zrobił u mnie legalny rower elektryczny. Ale nie udawajmy też, że przepisy są ozdobą. Jeśli coś ma manetkę, jedzie bez pedałowania i przekracza sensowne granice roweru, to dla mnie nie jest już zwykła jazda rowerem, tylko kombinowanie. A kombinowanie na drodze zwykle kończy się tym, że ktoś potem tłumaczy, że przecież „wszyscy tak robią”. No nie, nie wszyscy.

Podjeżdżanie elektrycznym rowerem górskim: czego musiałem się nauczyć?

Podjeżdżanie elektrycznym rowerem górskim nie polega tylko na tym, że włączasz najwyższy tryb i nagle jesteś królem każdej góry. To byłoby piękne, ale życie szybko robi z takich wyobrażeń naleśnik. Na stromym albo luźnym podłożu nadal liczą się przyczepność, pozycja na rowerze, płynne pedałowanie i wybór dobrej linii przejazdu.

Na początku człowiek ma pokusę, żeby załatwić wszystko mocą. Tyle że silnik może pomóc, ale nie załatwi myślenia. Jeśli źle rozłożysz ciężar, przód roweru może zrobić się nerwowy. Jeśli przesadzisz z siłą na luźnym podłożu, tylne koło może stracić przyczepność. Jeśli wjedziesz w przeszkodę bez planu, wspomaganie tylko szybciej dowiezie Cię do miejsca, w którym trzeba zejść z roweru.

Musiałem się nauczyć, że czasem lepiej jechać wolniej i płynniej. Trzymać sensowną pozycję, nie szarpać, nie panikować i nie zakładać, że rower wszystko wybaczy. Elektryczny napęd pomaga utrzymać tempo, ale technika nadal ma znaczenie. I bardzo dobrze, bo dzięki temu to nadal jest jazda rowerem, a nie przejazd windą po szlaku.

Przymiarki, hamulce i mój genialny pomysł z hydrauliką…

Były też przygody serwisowe. Najbardziej pamiętam hamulce po zjeździe ze wzgórza Przymiarki. Oryginalne okładziny hamulcowe dostały wtedy taki wycisk, że po prostu zostałem bez hamulca. I nie, to nie jest elegancka metafora. Hamulca naprawdę nie było.

Byłem wtedy mądrzejszy o to doświadczenie dopiero po fakcie, bo wcześniej nie wiedziałem jeszcze, że przy zjazdach główną robotę robi przedni hamulec, a tylny ma raczej pomagać, a nie ratować cały świat.

No i wtedy wpadłem na genialny pomysł. Skoro hamulec nie działa, to przecież „podciągnę linkę”. W hamulcu hydraulicznym. Tak, wiem. To jest ten moment, w którym osoby znające temat robią głęboki wdech i patrzą gdzieś w dal. Efekt był taki, że skończyło się spuszczeniem oleju. Czyli z problemu z hamulcem zrobiłem sobie mały kurs pokory z hydrauliki rowerowej.

Z perspektywy czasu było to jednak całkiem pożyteczne. Nauczyłem się uzupełniać olej, odpowietrzać hamulce i wymieniać okładziny. Nie polecam tej ścieżki jako oficjalnej metody nauki, bo to trochę jak uczyć się gotowania od przypalenia garnka razem z kuchnią. Ale zadziałało. Dzisiaj dużo więcej rzeczy przy rowerze ogarniam sam i mniej się boję, gdy coś wymaga regulacji.

Skrzypienie, osłona silnika i gumowe podkładki, czyli serwis po mojemu.

Drugą przygodą było skrzypienie w okolicy ramy. Takie rowerowe skrzypienie ma w sobie coś wyjątkowo irytującego. Niby jedziesz, niby wszystko działa, ale gdzieś tam coś robi: „eee, tu jestem” przy każdym ruchu. Człowiek zaczyna podejrzewać wszystko: sztycę, ramę, napęd, siodełko i własne decyzje życiowe.

Smarowałem sztycę i sprawdzałem różne rzeczy, a winowajcą okazała się osłona silnika. Kiedy była dokręcona do końca, zaczynała skrzypieć. Rozwiązanie? Proteza, ale skuteczna: gumowe podkładki pod osłoną, trochę smaru i nagle cisza. Nie wygląda to jak procedura z eleganckiego manuala serwisowego, ale działa. A w rowerze, który ma jeździć, „działa” bywa czasem piękniejsze niż „wygląda profesjonalnie”.

Do tego doszło jeszcze rozregulowanie przerzutek. Też trzeba było to ogarnąć. I znowu: najpierw irytacja, potem szukanie, próby, regulacja, a na końcu satysfakcja, że jednak się da. Ten rower nauczył mnie nie tylko jeździć częściej, ale też mniej panikować przy serwisie. Nie jestem zawodowym mechanikiem i nie zamierzam udawać, że jestem. Ale wiele podstawowych rzeczy zacząłem robić sam.

Co dołożyłem do roweru i co faktycznie ma sens?

Sam rower był dopiero bazą. Potem zaczęło się dokładanie rzeczy, które miały zrobić z niego sprzęt bardziej pod moje jeżdżenie, a nie pod zdjęcie katalogowe.

Pierwsze były błotniki z Temu, bo tanio. I tu od razu spoiler: będę je zmieniał na coś sensowniejszego, bo latają i biją o ramę. Niby drobiazg, ale po kilku takich stukach człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to błotnik, czy rower właśnie nadaje alfabetem Morse’a.

Dołożyłem uchwyt na telefon z Quad Lockiem, koszyk na bidon, dzwonek z alarmem, saszetę z zestawem naprawczym i blokadę Gerda. Do tego światło przednie i tylne Knog. Same lampki są fajne, ale montowanie na gumach ma ten minus, że czasem trzeba pilnować, czy sprzęt nadal jedzie z człowiekiem, czy już rozpoczął własną przygodę gdzieś po drodze.

Są też dodatki bardziej moje. Wydrukowałem i ulepiłem uchwyt na radio Yaesu FT-5D, które jeździ ze mną na rowerze. Doszedł uchwyt do Insta360 GO 3S. Do przewożenia rzeczy mam bagażnik montowany na sztycę, też z Temu, oraz wodoszczelny worek, do którego pakuję rzeczy i przypinam go do bagażnika.

To wszystko sprawia, że rower przestał być po prostu kupionym sprzętem. Stał się platformą, którą dopasowuję do siebie.

Czy wszystkie gadżety były potrzebne?

Najuczciwiej mówiąc: każdy po kolei miał sens, tylko nie każdy jest idealny. Quad Lock daje wygodny dostęp do telefonu. Koszyk na bidon jest oczywistością, gdy człowiek zaczyna jeździć dłużej. Saszetka z zestawem naprawczym daje spokój. Blokada się przydaje, bo czasem trzeba rower zostawić choćby na chwilę. Radio to już bardziej mój klimat, ale właśnie o to chodzi: rower ma pasować do użytkownika, a nie do średniej z katalogu.

Najwięcej zastrzeżeń mam do tanich elementów, które robią robotę, ale po swojemu. Błotniki z Temu są tanie i niby działają, ale skoro latają i biją o ramę, to prędzej czy później pójdą do wymiany. Bagażnik na sztycę i worek są praktyczne, gdy trzeba coś przewieźć, ale też trzeba pamiętać, że takie rozwiązania mają swoje limity.

Teraz testuję jeszcze intercomy do komunikacji w czasie jazdy i mam przeczucie, że to może być osobny, duży temat. Może nawet największy gamechanger z dodatków. Ale to zostawię na inny wpis, bo jeśli wrzucę tutaj jeszcze łączność głosową, to ten tekst spuchnie jak sakwa po zakupach robionych bez planu.

Rower elektryczny a kondycja: czy wspomaganie rozleniwia?

W moim przypadku nie. Na początku wspomaganie było ratunkiem, ale nie zastępstwem. Nawet na najwyższym trybie musiałem pracować. Rower elektryczny nie sprawił, że przestałem się męczyć. Sprawił, że zmęczenie było do przeżycia, a nie takie, po którym człowiek patrzy na rower z wyrzutem przez następne pięć lat.

Z czasem zaczęło być łatwiej. I to nie dlatego, że rower nagle dostał drugi silnik. Po prostu zacząłem jeździć regularniej. Nogi przyzwyczaiły się do wysiłku, głowa przestała panikować przed każdym podjazdem, a ja zacząłem lepiej rozumieć, kiedy używać wspomagania i jak gospodarować siłami.

To jest dla mnie największa wartość e-bike’a. On nie zrobił formy za mnie. On pozwolił mi wejść w regularność, z której forma mogła się w ogóle pojawić. Bez niego pewnie znowu skończyłoby się na jednej ambitnej trasie, kilku dniach narzekania i długiej przerwie. Z nim zrobiłem ponad 2500 km.

Czego nauczył mnie ten rower poza samą jazdą?

Nauczył mnie, że sprzęt to nie tylko zakup. To relacja: trochę serwisowa, trochę użytkowa, a czasem nawet terapeutyczna, gdy trzeci dzień szukasz skrzypienia i masz ochotę rozmawiać z ramą. Rower elektryczny jest bardziej złożony niż zwykły rower, więc siłą rzeczy wymaga trochę większej świadomości. Bateria, silnik, hamulce, napęd, masa, osprzęt — to wszystko trzeba brać pod uwagę.

Nauczył mnie też, że nie warto udawać eksperta, ale warto się uczyć. Nie wiedziałem, jak odpowietrzać hamulce. Teraz wiem. Nie wiedziałem, że osłona silnika może doprowadzić człowieka do serwisowego śledztwa. Teraz wiem. Nie miałem wprawy w regulacji przerzutek. Teraz ogarniam to lepiej niż wcześniej.

I chyba właśnie to lubię w tym rowerze. On nie jest tylko narzędziem do pokonywania kilometrów. Jest też pretekstem do uczenia się. Czasem na błędach, czasem na własnych protezach technicznych, czasem na tym, że coś taniego działa, ale przypomina o sobie przy każdej nierówności.

Czy po tym wszystkim kupiłbym elektryka jeszcze raz?

Tak. Ale nie dlatego, że wszystko było idealne. Nie było. Były okładziny zjedzone na zjeździe, spuszczony olej z hamulca, skrzypiąca osłona silnika, rozregulowane przerzutki, latające błotniki i lampki, których trzeba pilnować. To nie jest historia o sprzęcie bez wad. To jest historia o sprzęcie, który mimo tych wad zrobił coś ważnego.

Rower elektryczny pomógł mi wrócić do jazdy. Przestałem myśleć o trasie jak o karze za optymizm. Zacząłem jeździć po okolicy, a potem myśleć o dalszych wycieczkach. Kupiłem hak, uchwyt rowerowy do auta i zacząłem planować wyjazdy z rowerem dalej niż tylko spod domu.

Czy każdy potrzebuje e-bike’a? Nie. Czy każdy powinien kupić rower elektryczny? Też nie. Ale jeśli ktoś mieszka w miejscu z dużymi przewyższeniami, ma problem z regularnością, bo podjazdy zabijają mu przyjemność, albo wraca do jazdy po długiej przerwie, to legalny rower elektryczny może mieć dużo sensu. Nie jako skrót do udawania sportowca, tylko jako sposób, żeby w ogóle zacząć.

Najważniejsze nie jest to, że kupiłem elektryka…

I chyba to jest dla mnie najważniejsze po tych ponad 2500 km. Nie to, że kupiłem rower elektryczny. Nie to, że wybrałem akurat BESV TRX 1.5. Nie to, że dołożyłem błotniki, uchwyty, radio, światła i pół małego warsztatu w saszetce. Najważniejsze jest to, że znowu zacząłem jeździć.

Bo wcześniej rower był u mnie sprzętem od ambitnych zrywów. Raz na kilka lat wyjazd, 25 km, zgon i koniec zabawy. Teraz jest czymś, po co realnie sięgam. Czasem po okolicy, czasem z planem na dalszą trasę, a teraz już nawet z hakiem w aucie i uchwytem, żeby zabierać go gdzieś dalej.

Można się spierać, czy e-bike to jeszcze prawdziwe rowerowanie. Ja nie mam potrzeby nikomu udowadniać, że jestem bohaterem podjazdów. Wiem tylko, że legalne wspomaganie zrobiło u mnie coś, czego nie zrobiła sama ambicja: wyciągnęło mnie z domu. I jeśli po roku jazdy mam wybrać jedną rzecz, która naprawdę się zmieniła, to nie jest nią rower. To jestem ja.

Wojtek Jakieła

Nice of you to read this far.

If you have something to add or just want to say hi, drop me an email. You can also find me on Facebook, YouTube, Instagram, TikTok, LinkedIn and X.